RELACJE
"SCHIZOFRENIA
- Otwórzcie drzwi"
|
Motywem tegorocznej kampanii „Schizofrenia – Otwórzcie drzwi” była chęć pokazania chorych na schizofrenię, jako osób, które chcą i mogą realizować się zawodowo. Hasłem tegorocznego Dnia Solidarności z osobami chorymi na schizofrenię jest „Razem w pracy – razem w życiu”.
10 września 2006 roku w Krakowie, Lublinie, Łodzi, Katowicach, Opolu, Ostrowcu Świętokrzyskim, Poznaniu, Sandomierzu, Szczecinie, Trójmieście, Ustroniu, Warszawie i Wrocławiu odbyły się V Dni Solidarności. W programach tego dnia były liczne koncerty, spotkania poetyckie, przedstawienia teatralne, wystawy plastyczne, panele dyskusyjne z udziałem chorych, ich rodzin, pracowników służby zdrowia, polityków lokalnych, artystów.
Przedstawiciele naszego Stowarzyszenia również wzięli udział w tej ważnej i pięknej uroczystości. Razem z mieszkańcami Krakowa rozpoczęliśmy go od uczestnictwa w mszy świętej w Kościele Mariackim, odprawionej w intencji osób chorych psychicznie. Uczestniczyliśmy również w wernisażu „Spotkania w ogrodzie”, a także prowadzonym przez Leszka Długosza spotkaniu poetyckim.
Cały dzień trwał kiermasz rękodzieł uczestników Warsztatów Terapii Zajęciowej. Swoje stoisko, bogato zaopatrzone w broszury i plakaty promujące powstające w ramach projektu firmy społeczne, miała również Krakowska Inicjatywa na Rzecz Gospodarki Społecznej - COGITO, której jesteśmy partnerem. Odbyły się również liczne występy muzyczne oraz przedstawienia teatralne. Chorzy i ich rodziny mogli także, przy kawie i serniku, zasięgnąć opinii psychologów, psychiatrów.
Punktem kulminacyjnym obchodów Dnia Solidarności było symboliczne przejście przez Bramę, ustawioną na, znanej z piosenki krakowskiego artysty, ulicy Brackiej.
Pełen wrażeń dzień zakończony został w Foyer PWST poczęstunkiem przygotowanym przez zakład Aktywności Zawodowej „U Pana Cogito” i grupę cateringową treningu zawodowego. |



|
Pierwsze
Ogólnopolskie Spotkania
Ekonomii Społecznej
W
dniach 28 – 29 września 2006 roku odbyły się
Pierwsze Ogólnopolskie Spotkania Ekonomii Społecznej. Na
dwa dni Kraków stał się stolicą gospodarki społecznej,
która według słów otwierającego uroczystość prof.
Jerzego Hausnera jest spotkaniem świata biznesu, państwa i
sektora obywatelskiego.
POSES było nie tylko spotkaniem, na którym organizacje i
przedsiębiorstwa społeczne mogły uczestniczyć w
seminariach poruszających takie problemy jak: Korzenie
ekonomii społecznej w Polsce, Kompetencje sektora ekonomii
społecznej, Ekonomia społeczna a rozwój lokalny. Możliwe
było również spotkanie z przedstawicielami European
Network of Cities and registrations for Social Development
REVES oraz obecność przy podpisaniu oficjalnego
porozumienia pomiędzy członkami Stałej Konferencji
Ekonomii społecznej SKES.
Stało się również fantastycznym sposobem na
zaprezentowanie „owoców” pracy takich przedsiębiorstw.
Dzięki temu krakowski rynek zaczęły odwiedzać rzesze
mieszkańców, którzy z niecierpliwością tłoczyli się wśród
stoisk. Największe zainteresowanie wzbudzały stoiska Bab
Pruskich, Wspólnoty Chleba Życia i spółdzielni Jame Roma
i Sare. Na tych pierwszych możliwe było skosztowanie
owczego sera, szynki, miodu, wyjątkowej musztardy
pomidorowej lub sera jabłczanego. Stoiska Romów przyciągały
swoją barwnością, prezentowały, bowiem stylizowane na
romskie stroje. Krakowska Inicjatywa na Rzecz Gospodarki Społecznej
- COGITO również miała swoje stoisko, które bogato
zaopatrzone w broszury i plakaty promujące powstające w
ramach projektu firmy społeczne, przyciągało uczestników
spotkania.
Ale krakowski rynek skupiła także tych, którzy chcieli
zasięgnąć rady doświadczonych „kolegów po
fachu”. Dzięki wystąpieniom wystawców, a także możliwości
zadawania im pytań wywiązała się ciekawa dyskusja, którą
można było kontynuować na kolacji odbywającej się w
ogrodach Muzeum Archeologicznego.
CIERPIENIE W CISZY
„Nikt nie wie, co trzeba przeżyć
aby obłęd dojrzał i ogarnął człowieka bez reszty…”
J. Krzysztoń
Dlaczego ludzie tak mi się przyglądają? Boję się ich przenikliwych nieprzyjaznych spojrzeń. Po peronie idą w moim kierunku żołnierze. Jestem pewna, że chcą mnie zabić.
Muszę uciec. Ukryć się…
Wracałam z urlopu w Budapeszcie. Moje „dziwne” zachowanie spowodowało, że z pociągu wezwano na stacji w Koluszkach – pomocy lekarskiej. Nie chciałam, żeby zabrało mnie pogotowie. Proszę o kontakt z moją Siostrą, która niedługo przyjeżdża po mnie do Łodzi. Czuję się z Nią bezpiecznie, choć nie mam z Nią kontaktu słownego. Z domu Siostra telefonuje do lekarza, ten zadecydował:
SZPITAL PSYCHIATRYCZNY – jest rok 1974.
Czuję przejmujący ból w przegubach rąk i w kostkach nóg. Nie mogę odgarnąć wpadającego do oczu kosmyka włosów. Nie mogę przewrócić się na bok. Nie mogę wyjść do toalety. Przywołuję pomoc, nie nadchodzi, nie wiem co się dzieje!
Nie mogłam pogodzić się z faktem, że byłam przywiązana brudnymi, parcianymi pasami do łóżka. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego mi to zrobili?
Dlaczego pobierają mi tak dużo krwi? Z pewnością wykonują doświadczenia na ludziach.
Jestem pewna, że nie wyjdę stąd NIGDY!
Czułam się zagrożona i bardzo, bardzo osamotniona ze swoim lękiem. Myślę, że lęk jest najbardziej charakterystycznym doznaniem jakiego doświadcza człowiek. Lęk i cierpienie (ból).
Gdzie jest mój syn? Dlaczego nie przychodzi do mnie? Mam jego zdjęcia, które pokazuję pielęgniarkom, lekarzom, salowym i wszystkim, którzy są akurat obok mnie. Syn miał wówczas 9 lat. Był bardzo wrażliwym chłopcem. Długo nie mówiliśmy o mojej chorobie obawie, że nie zaśnie, nie będzie umiał tego zaakceptować. Całej prawdy dowiedział się jako dorosły mężczyzna. Przyjął to mężnie, dorośle.
Po trzech miesiącach zostałam wypisana ze szpitala do domu. Wróciłam do pracy na kierowniczym stanowisku. Dyrekcja i najbliżsi współpracownicy przyjęli mnie wzruszająco przyjaźnie. Powrót do pracy nie był dla mnie problemem. Pracowałam 2 lata… Zmęczenie tempem życia i nadmiar obowiązków, którym nie mogłam sprostać wiodły mnie nieuchronnie do choroby.
Znów szpital psychiatryczny…
COMA Kilkugodzinny stan głębokiego snu i braku świadomości spowodowany był kuracją insulinową. W stanie śpiączki, jak opowiadały mi współtowarzyszki, wyrzucałam z siebie ochrypłym głosem wszystkie swoje lęki, wzbudzając zaciekawienie co zdrowszych pacjentek.
Każdego dnia odwiedza mnie moja Siostra. Rozmawia z lekarzami, Ona już wie, że rozpoznano schizofrenię. Personel w szpitalu zwraca się do mnie bezosobowo. Nikt nie mówi do mnie per „pani” – nawet lekarze. Oburza mnie to czuję się upokorzona. Przyglądam się ludziom jak krążą po zielonych korytarzach. Wyglądają jak falujące łany zbóż. Chwieją się, kołyszą…
Czuję się na tyle dobrze aby zareagować… kiedy pielęgniarka wciska mi do ust „płynne” tabletki. CHCĘ WIEDZIEĆ co łykam. Chcę znowu zrozumieć otaczający mnie świat. Jestem świadoma, moje samopoczucie jest coraz lepsze. Spajają się w całość obrazy i słowa. Czuję się inna na tle otaczających mnie chorych ludzi. Oni są tłem mojej choroby. Wiem co przeżywają, czują…
Chodzę na spotkania z psychologiem. Na zajęciach zabieram głos. Dyskusji nie ma. Pacjentki są „nieme”. Nie dotarło jeszcze do nich, do ich świadomości, że są chore. Nawiązuję przyjaźnie, ale nie są trwałe. Biorę udział w rozrywkach jak tańce, gimnastyka, chodzę na filmy i występy artystów łódzkich scen. Zapamiętałam wspaniałą sopranistkę teatru muzycznego Łodzi, panią Wilk, zjawiskowo piękną. Jej aria, to balsam dla skołatanej duszy. Od „zawsze” lubiłam operę i balet, dlatego chętnie słuchałam wykonywanych arii i pieśni.
Panuje stereotyp, że w szpitalu psychiatrycznym znajdują się ludzie, którzy w obiegowym pojęciu nie potrafią być samodzielni. Nie potrafią pracować. To nie jest prawdą. Niemal wszyscy okresie reemisji pracują w ramach zajęć terapeutycznych. Ja również szyjąc skórzane torby i poduszki zrozumiałam, że KAŻDY PRZEJAW AKTYWNOŚCI staje się elementem innej, lepszej jakości życia. Byłam zajęta na terapii zajęciowej (ergoterapia). Inni chorzy nie mając zdolności manualnych wykonywali mniej ciekawe prace np. sprzątali korytarze, WC, przynosili ze stołówki, odległej kuchni kosze i kotły z jedzeniem.
Pobyty w szpitalu „zabrały” mi około 4 lata mojego życia. W tym czasie przeczytałam dużo książek. Jedną z lektur była biografia Toulouse-Lautrec’a. On także miał problemy psychiatryczne. Był w zamkniętym zakładzie tak, jak ja. Jednak On był artystą. Wrażliwość charakterystyczna dla ludzi dotkniętych problemami psychicznymi znalazła odbicie w jego pracach malarskich. U mnie był to czas, który nie wnosił do mojego życia żadnych twórczych wartości. Stałam się jednak bogatsza o przeżycia, jakich nikomu nie życzę.
W chorobie psychicznej jest coś tajemniczego, co z łatwością przenika w dwie różne strony. Ludzi zdrowych i chorych. Swego czasu w sztuce wystawianej w Teatrze Powszechnym w Łodzi na podstawie książki „Lot nad kukułczym gniazdem” reżyserka zastosowała fantastyczny pomysł. Otóż scenę od widowni odgradzała przezroczysta szyba, więc problem przenikania był w obie strony. Widziałam też film z doskonałym J. Nickolsonem, czytałam w oryginale książkę. Oczywiście, że porównywałam przeżycia bohatera ze swoimi – nie pokrywały się! Utrwaliło mi się jednak okrucieństwo pielęgniarki i postawy lekarzy, którzy pacjentowi wycięli płat mózgu robiąc z niego (pacjenta) wrak człowieka. To działo się w USA, ale wstrząsnęło mną.
(…) Zawsze lepiej czułam się w otoczeniu ludzi normalnych (śmieję się, że nie przebadanych), ale Siostra i Przyjaciółka poradziły mi zapisać się do Towarzystwa Przyjaciół Niepełnosprawnych w marcu 2003 r. Spotkałam tu ludzi z podobnymi problemami jakie mam ja. Obsługa nieprawdopodobnie sympatyczna, czuję się tam bardzo dobrze. Życzliwość na każdym kroku. Po badaniu przez panią psycholog wyraziłam chęć uczestniczenia w zajęciach: trening umysłu (mam kłopoty z pamięcią), lekcje języka angielskiego, terapia zajęciowa. Chciałabym też uczestniczyć w zajęciach komputerowych, psychoedukacji, grupie turystycznej i DKF. W TPN spotkałam ludzi, których opiekuńczość poczułam natychmiast. Cieszę się, że spotkałam ich na „mojej drodze ku zdrowiu”. Jestem wdzięczna mojej siostrze Barbarze, która od 30 lat opiekuje się mną, pomaga; co nie jest łatwo. Niekiedy ma tego szalenie dość. Trudno jest radzić sobie z osobą chorą, ale potrafię to docenić! Dziękuję Ci Kasieńko i przepraszam, że bywam uciążliwa, małomówna (w tym czasie nie myślę!), że Cię irytuję, źle czuję, że mnie rozumiesz. I chociaż wściekasz się, gdy mam nieposprzątane mieszkanie, że niekiedy trudno się ze mną porozumieć. Bardzo mi zależy na dobrych relacjach z Rodziną, to łagodzi moje napięcia psychiczne, mam lepsze samopoczucie psychiczne, które nieraz bywa złe! Teraz czuję się bardzo potrzebna rodzinie, a zajęcia w TPN są dla mnie odskocznią. Jestem bardziej zorganizowana i zajęta.
(…)
Odczuć się daje większa wiedza społeczeństwa o schizofrenii i ludziach, których dotknęła. Cele Europejskiego Roku Niepełnosprawnych dają przekonania optymistyczne, odrzucają wiele mitów, obiegowych opinii. Optymistyczne jest też tworzenie pozytywnego wizerunku osób dotkniętych przez los inwalidztwa. „Otwórzcie drzwi schizofrenii” – to budujące.
(…)
ZROZUMIENIE i AKCEPTACJA ze strony mojej rodziny oraz przyjaciół pomogły mi UWIERZYĆ w siebie. Z ich pomocą znalazłam dość siły, by nie tylko przetrwać, ale i dowieść, że inwalidztwo nie musi skazywać człowieka na dewaluację życiową. Nie wystarcza mi zaspokajanie tylko podstawowych potrzeb. Dążę do rozszerzenia swej przestrzeni życiowej poprzez spotkania z ludźmi, rodziną, przyjaciółmi. Przyjemnie jest się z nimi rozmawiać. Z niecierpliwością oczekuję każdego wyjazdu w Tatry. Od ponad 30 lat w towarzystwie m.in. Siostry odwiedzam znane mi miejsca, odkrywam nowe zakątki. Poznaję na szlakach uroczych życzliwych ludzi.
(…)
Marzę o tym, by w nowym tysiącleciu, w XXI wieku ludzie byli lepsi wobec siebie i BARDZIEJ TOLERANCYJNI DLA TYCH, KTÓRZY CZUJĄ GŁĘBIEJ I WIEDZĄ DALEJ.
Jeszcze tak wiele ludzi nie rozumie osoby dotkniętej przez los chorobą psychiczną, dlatego podpisuję się „RYSY”, bo to są rysy na mojej osobowości i Rysy w Tatrach, gdzie chciałabym pozostać na zawsze spopielona. Wydałam dyspozycje w tej sprawie, choć TAM nie bardzo mi się spieszy.
ŻYCIE jest wartością i pomimo „przerw w życiorysie” naturalne jest, że chce się żyć. W życiu może być pięknie i kolorowo, pod warunkiem że odbiera się je jako dar nad dary. A „każdy świt jest początkiem”. Ten dar trzeba przyjąć z wdzięcznością, dar ŻYCIA, bo warto BYĆ niż MIEĆ.
RYSY
| STRONA
GŁÓWNA | O NAS |
STATUT |
INFORMACJE |
RELACJE |
WSPARCIE |
PROJEKTY
| WYDARZENIA
|
|
GALERIA |
PLACÓWKI |
PRAWO |
WSPÓŁPRACA |
KONTAKT |
EQUAL |
|